REKLAMA

Anna Zglińska: Alienacja władzy

14:00, 17.11.2017 |
REKLAMA
Skomentuj
Obrady toruńskiej rady miasta, fot. Tomasz Berent

Za rok wybory, co czuć. Zagęszcza się aktywność na facebookowych profilach. Radni budzą się ze snu. Niektórzy zmuszeni są do rezygnacji z kandydowania. Nowi kandydaci zakładają sobie fanpejdże. Wszyscy szykują się na wojnę o głosy, tylko po co?

Kiedy w 2009 roku jako świeżo upieczona praktykantka w toruńskim liceum, dostałam zadanie przygotowania lekcji wiedzy o społeczeństwie na temat alienacji władzy, nie było jeszcze afery podsłuchowej z ośmiorniczkami w tle, ani ministerialnego frajerstwa pracy za 6 tysięcy. Natomiast w dniu, w którym miałam prowadzić tą lekcję, znalazł się w mojej torbie egzemplarz „Nowości”, w którym na pierwszej stronie znajdowała się relacja ze spotkania prezydenta z mieszkańcami lewobrzeża. Przyszli na nie ubodzy mieszkańcy okolic ulicy Armii Ludowej, pardon - już 63 Pułku, i mówili o tym, że nie czują się w swojej okolicy bezpiecznie. Prezydent poradził im wynająć sobie… firmę ochroniarską. Na lekcję o alienacji władzy cytat przydał mi się jak znalazł. Praktyki zaliczyłam z powodzeniem, jak również adnotacją, że nadto lubię dygresje.

Wówczas o prezydencie Torunia wiedziałam tyle, że wołają na niego Shrek. Serio. Nie ma zresztą czego więcej oczekiwać po studentce III roku z małej miejscowości. Była mi ona jeszcze bliższa niż Toruń. Bardziej interesowały mnie wybory wójta we wsi i układ sił w radzie gminy. Zresztą, w „swojego” wójta wierzyłam, jak w to, że moja babcia poszła do nieba. Teraz nie jestem pewna, czy niebo jeszcze istnieje.

Niedługo potem dowiedziałam się ja i mieszkańcy Torunia się, że Michał Zaleski „nigdy nie jest zaskoczony tym, co robią źli ludzie”, że „nie wszyscy chyba do końca rozumieją, że zwalczając Zaleskiego, zwalczają Toruń, zatrzymują go w biegu”, a wątpliwości w zakresie lokalizacji nowego mostu stanowią „ewidentne niszczenie dobrze przygotowanej, będącej na ostatnim etapie inwestycji. To działanie na szkodę mieszkańców Torunia”. Tym samym, jako „zły człowiek”, stałam się, niechcący, mieszkanką Torunia.

Mamy rok 2017. Przewodniczący Rady Miasta, osoba z wykształceniem, wykładowca uniwersytecki, który parkuje pod Wydziałem Politologii i Stosunków Międzynarodowych UMK (w zasadzie nie wiem po co, na kawę chyba), mówi „uczciwie” po przystąpieniu pryncypała do partii Jarosława Gowina, że „prezydent nigdy nie robi niczego z myślą o sobie”. Czytam i oczom nie wierzę. Parę dni później poseł Lenz twierdzi, że jego partią jest Toruń, a radny Wojtasik widzi wszędzie aborcjonistki, nawet w dyskusji o wilkach w lesie. Czemu nie, szpitale pełne są ludzi twierdzących, że są Napoleonem. Nasza lokalna klasa polityczna potwierdza dzień za dniem, że jest granatem oderwana od rzeczywistości. Toruń jest miastem astronomów, ale nie potrafię określić, z którego księżyca urwali się nasi radni i posłowie, nie leży on jednak w tym samym układzie słonecznym. Mieszkańcy zostali sami na planecie Toruń.

Za rok wybory, co czuć. Zagęszcza się aktywność na facebookowych profilach. Prezydent „wrzuca” po kilka razy na dzień posty na swoim profilu. Nawet, gdy jest wówczas na pogrzebie (serio, tak było). Wydział Alienacji i Dezinformacji Społecznej przechodzi reorganizację. Radni budzą się ze snu. Niektórzy zmuszeni są do rezygnacji z kandydowania. Nowi kandydaci zakładają sobie fanpejdże. Wszyscy szykują się na wojnę o głosy, tylko po co? Jedyne stanowisko, jakie powinno nas - mieszkańców i ich - polityków interesować, to stanowisko prezydenta. Kontry w tym zakresie brak. Ani kandydata, ani kandydatki. Platforma pozwoliła odejść senatorowi Wyrowińskiemu, PiS woli koalicję i brudne zagrywki, a Gospodarz wszak jest jeden. O efemerydzie Czasu Mieszkańców i niezdecydowanej czy startować do samorządu partii Razem - nie wspomnę.

Tylko, czy o to chodzi w miejskiej demokracji? Z całą odpowiedzialnością mówię, że czas na ograniczenie kadencyjności. Lepsza jakakolwiek zmiana, nawet na gorsze, niż jej brak. Zmęczenie materiału bywa groźniejsze niż powiew powietrza, choćby był to huragan. Szczęśliwie dla Torunia, „orkan Marcin” okazuje się być kaczką dziennikarską i blednie z dnia na dzień.

Prekariuszka. Z zawodu historyczka, z konieczności technik informatyk. Z powodu "utknięcia" w Toruniu i szewskiej pasji do miasta - społeczniczka. W zależności od tego, na co natknie się na rowerze: społeczny opiekun zabytków, antyreklamowa partyzantka, ekolożka lub wolontariuszka Fundacji Kot.

Anna Zglińska
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (5)

YyyyyYyyyy

7 10

O czym TO jest? Nie wygląda na napisane przez kogoś, kto zdobył wykształcenie bez problemu, jak autorka przekonuje w tekscie... 18:52, 18.11.2017

Odpowiedzi:1
Odpowiedz

xXxxXx

7 2

Widać, że czytanie ze zrozumieniem boli. 19:55, 18.11.2017


kasia69kasia69

6 7

Wszystkie felietony na ddt to własnie taki bełkot. Autorka zaspokaja swoje potrzeby fizjologiczne wypróżniając się intelektualnie, czego świadkami są czytelnicy. 10:39, 20.11.2017

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

Nick OlasNick Olas

1 6

Więc sama Kasiu daj głos. 12:01, 20.11.2017

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

artart

1 2

bełkot 12:51, 02.12.2017

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA
REKLAMA
© ddtorun.pl | Prawa zastrzeżone | 2017